niedziela, 29 stycznia 2012
W akcie desperacji, uciekając przed spędzaniem czasu wolnego z krzyczącą mamusią pojechałam dziś do Taty na cmentarz, odziana w dwie pary grubych geterków i rajtki, trzy długie rękawy, podkoszulkę i kamizelkę, czapkę, grubą i cienką chustę oraz dwie pary grubych skarpetek i bardzo gruby płaszcz zimowy pikowany, kapturowy i stójkowy.
Gile z nosa lały mi się litrami, bo cmentarz na którym jest pochowany Tata znajduje się tuż za polami i łąkami, które trzeba przejść wzdłuż wydeptaną dróżką, na których to łąkach prócz badyli i suchych traw hula wiatr tak, że mało łba mi nie urwało.
Podobno lata temu na tych łąkach, latem - kiedy trawa sięgała ponad wzrost każdego człowieka, młodzi chłopcy zgwałcili kobitę, która szła właśnie na cmentarz do zmarłego męża. Potem ją okradli i zabili siekierą i poćwiartowali, chociaż ja w to nie wierzę, bo tą historię opowiadała mi gruba sąsiadka, która miała spore doświadczenie w konfabulacji ;) Sąsiadka mieszkała w bloku, z którego się wyprowadziliśmy. Codziennie (oprócz piątków, bo w piątki jeździła na targ po warzywa) o 4 rano nakładała na włosy wałki i wyglądała przez okno. Potem wszystko o wszystkich wiedziała i różnym ludziom opowiadała zaprzeczające treścią historie o życiu sąsiadów, kto z kim, po co, dlaczego ;)
Ale zawsze jak chodzę tymi polami historia gwałtu przytłumia rozkosz płynącą z obcowania z naturą. Zimą jest tam bardzo zimo, bo wieje silny wiatr, latem, przy silnym słońcu gorąc bucha z ziemi i nie ma się człowiek gdzie schować żeby się ochłodzić. Jest to droga na skróty, z której korzysta większość rodzin zmarłych pochowanych na tym cmentarzu i większość często mijanych twarzy zna się z widzenia.
Świeczki Tacie zapaliłam, przy okazji zauważając, że te, które ostatnio zostawiłam ktoś ukradł, nie pierwszy i nie ostatni raz, podobno wkłady do zniczy kradną bezdomni, kiedy nie mają się czym ogrzać. Trudno, niech im służy ;)
Wracając do domu bardzo zmarzłam, bo było -14 stopni, a ja jeszcze zdecydowaną większość drogi szłam na nogach, bo dziś niedziela i nie chciało mi się na tym wygwizdowie czekać 30 minut na autobus. Nie było by tak źle z tym mrozem, gdyby nie ten wiatr, który potęgował uczucie zimna.
Grunt, że miałam atrakcję, Tacie też pewno troszkę cieplej się zrobiło a pani sprzedająca znicze miała całe 4 złote dochodu przy tym zimnie ;)
Denerwuję się wtorkową wizytą u pani doktor ginekolog, wczoraj wieczorem nie mogłam zasnąć i z nerwów zjadłam dwa długie paznokcie. Bo jak w brzuchu wszystko ok to dlaczego boli, a jak nie jest ok to czemu leki nie działają i co dalej ze mną będzie? Rany, jakie to wszystko skomplikowane...
Planowo w środę 1 lutego powinnam wrócić do pracy, bo kończy się moje L4.
Ech. Idę na tv, a właściwie, tylko włączę to pudło i już na nim będę ;)
sobota, 28 stycznia 2012
Wczoraj udało nam się z mamusią dojść do porozumienia w sprawie, "ty wszystko robisz źle" kontra "ty mnie wiecznie krytykujesz" i dwutygodniowa sielanka naszych stosunków prysła niczym bańka mydlana ;)
I również wczoraj pierwszy raz od ponad roku jak mieszkam w nowym mieszkaniu usłyszałam, że sąsiadka Grażynka - żona alkoholika Mariana potrafi rozmawiać z nim nie wyzywając, przeklinając, wypowiadając spokojnym i cichym głosem całe zdanie, które kupy się trzymają i mają sens. Co prawda nadal krzyczy na psa i papugi lub papugi i psa (w zależności od pory dnia), ale marianowi chwilowo dała spokój.
Jak ścierałam kurze na przedpokojowej szafce usłyszałam grażynkową rozmowę z marysią - sąsiadką, która mieszka tuż obok moich drzwi i, która po każdym weekendzie przeprasza nas za swojego małego, krzykliwego wnuczka, który ma ADHD (moja epikryza) tudzież tęskni mocno za mamusią (epikryza sąsiadki) i głupieje w dniach od piątku do niedzieli. A głupieje, bo go mamusia przywozi do babci a sama udaje się rzekomo na studia i odbiór małego krzykacza następuje w niedzielę po rosole.
I wczoraj grażynka z marysią, stojąc na schodach w klatce i klachając ustaliły, że mała Madzia z sosnowca, która zaginęła kilka dni temu na pewno została utopiona w rzece przez matkę (grażynka), lub sprzedana przez rodziców (marysia), bo są młodzi (marysia) i widać było (niby po czym?), że im to dziecko w życiu przeszkadzało (obie sąsiadki). Zdębiałam i osłupiałam w momencie. Na zakończenie dialogu panie zgodnie dodały, że takich rodziców powinno się kastrować i zamykać do pierdla.
Trzy kropki.
Zrobiłam dzisiaj tiramisu, po raz kolejny, bo jutro będziemy mięli gości w postaci pani ani (od której mam kota) i jej męża, który dobrowolnie zgodził się naprawić psujący się wiecznie korek od prysznica. Ja zamierzam szybko zjeść obiad, posprzątam gary, pojadę na cmentarz a potem może skuszę się na kawkę u mojej heleny i jej bartka.
Dzisiaj śnił mi się mój zmarły Tata, widziałam go jakby był żywy, był ubrany w ten nowy garnitur w którym został pochowany, miał piękną białą koszulę i ciemny krawat.
Siedział na łóżku, na którym zmarł i smarował plecy spirytusem, a kiedy spytałam co mu się stało powiedział, że pchły go pogryzły o bardzo go wszystko swędzi. Potem byliśmy w tłumie ludzi, we Włoszech, wszyscy odświętnie ubrani tylko nie ja, Tata w tym pięknym nowym garniturze powiedział, że wszyscy się od niego odsunęli, bo On ma pchły. Poszłam do apteki, kupiłam coś na pchły żeby je zabić i maść na swędzące uczulenie i jak wróciłam do Taty już go nie było ;)
Nic to, jadę w ten mróz do renaty i jej fantastycznych dzieci :)
piątek, 27 stycznia 2012
Chciałabym napisać, że o próbie usadzenia mnie w szpitalnym łóżku można zapomnieć acz to nie takie proste.
Na wczorajszej wizycie u giny, w trakcie której przeszłam kolejną kontrolę podwozia, pani doktor rzekła, że "szczerze już sama nie wiem co w obrazie USG jest pani jajnikiem a co torbielą," ale "wydaje mi się, że torbiel się zmniejsza".
Kurtyna.
Ustalono, że dnia 31. stycznia 2012 roku w godzinach po południowych udam się z najlepszym szwagrem świata do kliniki, w której pani ginekolog ma ekstra świetny sprzęt i wtedy to, co zobaczy na monitorze wpłynie na to, co ze mną zrobi. Wezmę ze sobą śnieżną kulę, może coś wspólnie wywróżymy ;)
Tymczasem jem sobie kolejny chemioterapeutyk, wkładam regularnie czopy (matko boska, mam nadzieję, że moja odpowiednia skromna dziurka przez ich aplikację nie stanie się ogromną jamą) i łykam o 20.40 tabletkę antykoncepcyjną, co by uspokoić moje mocno rozszalałe narządy rodne. A brzuch boli bez zmian i do nadal ;)
Muszę chyba zacząć łykać coś na serce, bo dziś przy bankomacie prawie ponownie dostałam zawału mięśnia sercowego, kiedy zobaczyłam, że zamiast pensji 1850 zł przez to, że jestem na el4 dostałam pensję w wysokości 1330 zł. Potem czułam w głowie lekki udar i zatkanie tętnic mózgowych, jak obliczyłam szybciutko, że po zapłaceniu rachunków, przekazaniu haraczu "na życie" mamusi, zostanie mi 280 złotych "na przyjemności" do końca stycznia. Nogi mi się ugięły i w tym amoku i w mrozie przeszłam parę ładnych kilometrów do mojej Heleny, która powiedziała, że "mam jej nie straszyć" jak ja jej w nerwach powiedziałam, że "wracam do pracy bez względu na mój stan zdrowia". ;)
Pogadałyśmy od serca intensywnie, zgodziłam się przytakując Helenie, że EWENTUALNIE przeanalizuję co powie pani doktór we wtorek po badaniu na ekstra sprzęcie i wtedy podejmę ostateczną decyzję o powrocie do pracy.
A pani doktor wczoraj, jak jej powiedziałam, że ja CHCĘ JUŻ wrócić do pracy dostała wypieków na twarzy i lekko zdenerwowana rzekła coś o tym, że ona myśli o operacji mojego brzucha a ja jej tu opowiadam fanaberie o rychłym powrocie do intensywnego życia.
Dziwni jacyś ci ludzie są ;)
Chyba jeszcze tu o tym nie pisałam, ale odkąd podupadłam na zdrowiu mocno zainteresowałam się wszelkimi programami (zwłaszcza w TV) o tematyce zdrowotnej.
I tak na kanale TLC, co tydzień w soboty jest mój ulubiony program "Wstydliwe choroby", w którym prawdziwi ludzie pokazują prawdziwym lekarzom swoje przypadłości.
Niezwykłe jest to, że Ci pacjenci często gęsto mają bardzo bardzo wstydliwe schorzenia (np. jednej babeczce podczas sikania, kasłania i kichania wypadała macica przez pochwę!), o którym nie dość, że bardzo szczegółowo opowiadają (ze szczegółami typu "wąchałem wydzielinę z tego ropnia, miała bardzo brzydki zapach), to jeszcze te swoje schorzenia POZWALAJĄ FILMOWAĆ (największe wrażenie zrobiło na mnie zdecydowanie wypadające jelito przez odbyt, wypadająca macica, nawracająca torbiel między pośladkami - mocno obrośniętymi włosami, oraz grzybica lub łupież pstry całego ciała).
Co tydzień jest w tym programie blok tematyczny, i tak np. kiedyś był program poświęcony stopom i 4 lekarzy (zawsze są Ci sami), w specjalnym wynajętym autokarze badali i diagnozowali stopy przypadkowo spotkanych przechodniów, albo tych, którzy dobrowolnie do nich przyszli.
Najbardziej mi się podobało, jak pokazywali wiele różnych buteleczek moczu i innym razem kału, które należały do uczestników pewnej grupy teatralnej i prowadzący lekarz pokazywał, która zawartość buteleczki może budzić niepokój. Po takim programie mam co sobie oglądać ;)
czwartek, 26 stycznia 2012
Pojechałam wczoraj po południu do centrum handlowego kupić kapcie, żeby były "w razie czego" jak pani doktór ginekolog zarządzi ewakuację do szpitala ;) W Deichmanie cena kapci kształtowała się między 29 - 39 złotych, damskie w fioletową kratę (nie cierpię kraty) wyglądały na taki unisex albo bardziej "starsza mało chodząca pani", różowo - białe były by w porządku, gdyby nie napis "i love hello kitty" (a wcale nie były dziecięce, no chyba, że dziewczynki mają rozmiar stopy od 38 do 42).
Poszłam do CCC, zaskoczona cenami (od 10 - 30 złotych) odkryłam niebieskie kapcie z wizerunkiem pani biorącej kąpiel, beżowe z białymi krowami, różnokolorowe z wizerunkiem słodkich piesków i brązowe w panterkę. Pominęłam te "bez palców" z odkrytymi palcami, z trzema kokardkami na przodzie oraz różowe z pomponikami.
Rosmann też jakoś wycofał ze sprzedaży papucie, kupiłam lakier do włosów, saszetkę dla kociej mendy i przyjechałam do domu.
Ponieważ w moim mieście w czwartki jest "targ", rano (nie śpię od 4.19, ponieważ kot wstał na siku ;) ugotowałam szybciutko ogórkową i poszłam na zakupy.
Na targu kapciowego szału niestety nie ma, ale jedna pani zwana potocznie "ruską" miała takie kapcie, jakich nie będę się wstydzić. Pytam jej po ile te kapcie (a miała dużo modeli) a ona mówi, że po 12 zł, 10 zł, 8 zł. Biorę do ręki te co mi najbardziej przypadły do gustu, pytam jej po ile a ona mówi, że po 12. Pytam ją zatem, które są po 10 zł a ona mi na to, że jak chce, to te co mam w ręce sprzeda mi po 10 złotych ;) Myślę, że jakbym spytała, które kapcie są po 8 zł, to te co mi się najbardziej podobały sprzedała by po 8 ;)
Kupiłam jeszcze kilogram pieczarek, w sumie już w drodze do domu żałowałam, że pokusilam się na te tańsze, bo wyglądały na przymrożone, ale trudno. Usmażone, będą czekać w zamrażalce na swoją kolej.
Mamusia ma w swoim pokoju suche drzewo w ogromnym wazonie, na którym wiszą (zgodnie z porą roku) różne duperele. Teraz są motyle i ptaki, bo mamusia nie ma czasu na zmianę ekspozycje (powinny wisieć małe bombeczki), na święta Wielkiej Nocy zawisną jajka i słodkie jak miód króliczki i zajączki ;)
Owe drzewo równie bardzo jak mamusia polubił kot, i jak tylko zostaje sam w domu, albo sam ze mną, zdejmuje sobie ptaszki i motylki i urządza happy time pozbawiając je kolorowych skrzydeł, ozdobnych, brokatowych piór, długich drucianych nóg i co gorsza - całych głów łącznie z kogucimi grzebieniami ;)
Fakt zniszczenia przez kota połowy mamusinej kolekcji udawało mi się do tej pory tuszować, ale za cholerę nie mogę tego dziadostwa nigdzie dokupić, a jak tak dalej pójdzie to na krzaku ostanie się li tylko zżółknięty bociek, który dziś jak prawdziwy żywy stoi na jednej czerwonej nodze, bo drugą z radością zjadła czarna menda ;)
środa, 25 stycznia 2012
Regularnie codziennie między 5.15 a 6.00 nad moją śpiącą głową staje czarna menda i miauczy, równocześnie subtelnie nadeptując przednimi odnóżami moje plecy, szyję albo cycki. Zależy jak pańcia leży ;)
Wstaję ciężko, daję mu "żryć" i kiedy czuję, że zasypiam, czuję również, że coś ponownie miauczy mi nad uchem i nadeptuje moje części ciała.
Wstaję, idę do łazienki, z zamkniętymi oczami sprzątam mendzie kuwetę i wracam do łóżka.
Teraz na pewno zasnę, myślę sobie.
Chwilę leżę w bezruchu delektując się ciszą i spokojem, złudnie sądząc, że menda znalazła sobie kawałek ciepłej podłogi i kima. Nic bardziej mylnego. Menda znalazła sobie w toalecie rolkę z woreczkami (w które pakuję jego odchody) i turla tą długą taśmą po całym przedpokoju, robiąc odpowiedni porządek z butami, dywanikami i wszystkim co się na drodze rolki woreczków znajdzie.
Wstaję, zabieram woreczki, zwijam je czym prędzej walcząc z uwieszoną na końcu rolki worków mendą.
Wracam do łóżka, może by tak do drugiego dania dziś zapodać surówkę z kiszonej kapusty?
Leżę, z odpływu w stronę morfeusza budzi mnie krzyk sąsiadki grażynki, która naprzemiennie krzyczy na męża mariana (ty alkoholiku) na śpiewające papugi (cicho bądźcie, tupanie nogą) oraz psa imieniem Bela. Prawie równocześnie marianowi dzwoni budzik w telefonie tak głośno, że po kilku razach znam całą melodyjkę na pamięć. Grażynka ponawia próby wywarcia perswazji na swoich domownikach, głośno wyliczając na co marian wydał ostatnio 300 złotych (stówę przepił, stówę pożyczył sąsiadce marysi i zostało mu 100 złotych do emerytury).
Próbuję zasnąć.
Jest 6.25.
Grażynkowe papugi śpiewają, marianowy pies szczeka ("ty kurwo, obudź się! pies chce iść na dwór" - żona do męża), kot świruje ze znalezionym pilniczkiem (dlaczego się nie turla po drewnianej podłodze?), mamusia wstawia wodę na kawę a pani sprzątaczka naszej kamienicy co każdy zamiatany schodek z hukiem uderza szczotą o metalowe barierki.
Już prawie już prawie śpię.
Kot wraca do mojego pokoju, ze złością wskakuje na parapet, cichutko szczeka zębami na fruwające za oknem gołębie.
Obracam się na bok.
6.40.
Coś stoi nad moją głową, mruczy i mlaska mi do ucha udeptując lewe ramię, udaję, że nie słyszę i nie czuję.
Kupić w ciuszku ten piękny szlafrok w serca za 16 złotych?
Coś podgryza mi moją piętę. Dostaję ciśnienia.
Wstaję, ileż można spać gdy w koło życie się toczy ;)
|
Zakładki:
Czytam
Oszalałam
Pysznie
Szoping
Uczę
|